sobota, 27 maja 2017

Łyżeczki plastikowe + koc. Czyli jak zrobić coś z niczego?

Strój ,który zachwycił mnóstwo ludzi...

Sama do tej pory nie mogę uwierzyć, w efekt jaki uzyskałam tworząc strój z o dziwo pospolitych rzeczy i kierując się zasadą "Jak najtaniej, ale jak najpiękniej", zazwyczaj te dwie rzeczy nie idą w parze, ale mój strój z Pyrkon'u 2017, pokazał  iż jest to realne.



"To są plastikowe łyżeczki?! Niesamowite!"

Ten zwrot najczęściej słyszałam w rozmowie z ludźmi którzy do mnie podchodzili by robić zdjęcia i chwalić moją pracę, zaś następującym potem pytaniem było: "Jak to zrobiłaś?" Tak wiele ludzi pytało o to, że postanowiłam napisać post, w którym postaram się opisać jak najdokładniej cały proces twórczy tego stroju, by móc zainspirować także innych.

Skąd wzięłam pomysł?

Uważam, że geneza jest zawsze najważniejsza, dlatego najpierw napiszę skąd się wytrzasnął pomysł u mnie na syrenkę.
Po pierwsze:
Jestem osobą, która porusza się na wózku, przede wszystkim chciałam z nim skomponować swój strój, bardzo długo wymyślałam co mogłabym stworzyć, aż w końcu wpadłam na ten oczywisty pomysł, syrenka na powierzchni :)
Po drugie:
Bardzo lubię na YouTube oglądać Tutoriale make-up, z okazji Halloween pewna  vlog-erką stworzyła serię filmików właśnie z tej okazji, gdy zobaczyłam jej makijaż mrocznej syreny wiedziałam już jakiego stroju pragnę. Tutaj jest ten Tutek, ogólnie bardzo polecam jej kanał, ma wiele ciekawych kreacji :)

"Ogranicza nas tylko wyobraźnia"

Dokładnie tak, gdy zaczęłam myśleć o czym z czego wykonać ogon, pojawił się pierwszy wielki mur do pokonania, ponieważ nie mam funduszy ,ani DOŚWIADCZENIA.
Ogon najpierw chciałam robić z silikonu, jednak po rozmowie z bratem wspólnie doszliśmy to porozumienia, że to za droga zabawa, za bardzo brudzi i łatwo może mi się nie udać.
Wtedy poczułam w sobie jeszcze większą motywację i przyrzekłam sobie samej: "Nie wiem jak, ale zrobię ten durny ogon!"
Jako uparty osioł, zaczełam przeszukiwać internety szukając pomysłu, w końcu zrezygnowana napisałam do koleżanki z większym doświadczeniem o mojego prosząc o pomoc, powiedziała ,że poszuka i chyba już następnego dnia została podesłana mi podpowiedź.
Łyżeczki plastikowe.

 Nie musiałam się długo zastanawiać, już wiedziałam ,że to będzie to.
Za 1000 szt. łyżek plastikowych zapłaciłam ok. 65 zł, plus kupiłam w KiKu najtańszy koc jaki znalazłam, za całe 10 zł. Plus lutownica ok. 20 zł.
Teraz podzielę się z wami ważnym spostrzeżeniem.
Jeśli chcesz bawić się w obrabianie łyżek plastikowych zainwestuj w palnik, bądź miej pod ręką kuchenkę gazową na której na bieżąco będziesz mógł podgrzewać nóż, pracę wykonujemy na świeżym powietrzu bądź otwartym szeroko oknie by się nie zatruć. 
Dlaczego kuchenka bądź palnik?
Ponieważ, moja lutownica po obrobieniu 400 szt. łyżeczek sama się roztopiła, wiem tanie to i liche, niestety nie był to czas by wyposażyć się w droższą  lutownicę, poza tym praca przy kuchence idzie duużo szybciej.
Jak obrabiamy łyżeczki?
Przede wszystkim ucinamy rękojeści po czym na górze łyżeczek wytapiamy dziurki, ja robiłam to śrubokrętem, ważne jest by zwrócić uwagę na to by dziurki nie miały na brzegach strzępów plastiku, ponieważ nitka będzie się o nie zahaczać i plątać się.(Ile ja nerwów straciłam przez takie sytuacje...)

Następnie łyżki lakierowałam już na podstawowy kolor, tu jak wiadomo trzeba uważać by nie uwalić wszystkiego wokół, dlatego polecam rozmieścić  główki łyżek na folii malarskiej.

Następnie z koca musiałam zrobić podstawe ogona, dobrze być  przy tym wygimnastykowany , bądź mieć kogoś KTO SIĘ ZNA na spinaniu materiału, ja poprosiłam siostrę, tak mi spieła, że musiałam wszystko rozwalić i spinać samodzielnie, jednak doceniam jej chęci.

Po spięciu pierwotnie ogona musiałam ścigać się z papugą ,która wyjmowała mi szpilki z koca, i wyciąć nadmiar materiału, gdy uznałam ,że wszystko jest wycięte tak jak trzeba zaczęłam proces zszywania ręcznie, zajęło mi to może z 2 godzinki, po czym odwróciłam koc na prawą stronę, tym samym uzyskując efekt jak na zdjęciu poniżej.


Następnie zabrałam się za robienie płetwy, do której wykorzystałam karimatę zrobioną z pianki Eva, koszt bodajże 30 zł.
Na karimacie narysowałam kształt, po czym go wycięłam, by następnie go odrysować i wyciąć raz jeszcze, a na koniec z resztek karimaty powycinałam zgrubienia na płetwę i przykleiłam je, po wyschnięciu płetwa została pokryta kilkoma warstwami wikolu rozcieńczonego nieco w wodzie.
Po co?
By pianka po kontakcie z lakierem nie rozpuściła się i by zakryć pojawiające się na niej pory, które nadawały nieestetycznego wyglądu płetwie.
Po zabezpieczeniu płetwę pomalowaliśmy kilkoma warstwami lakieru.


Po przygotowaniu płetwy, nadszedł czas na połączenie tych dwóch elementów ze sobą, najpierw nałożyłam ogon na siebie po czym przyłożyłam stopy do płetwy w miejscu gdzie miało być łączenie, obrysowałam stóp kształt, by następnie w środku wysmarować go grubą warstwą wikolu po czym wstępnie przykleiłam do niego wstępnie ogon, po wyschnięciu, ostrożnie płetwę przyszyłam do koca, tak by mieć pewność, że te dwa elementy się nie rozłączą.

Następnym i zarazem najgorszym krokiem, było naszywanie łusek (Zajęło mi to 8 dni), to jest etap na który musimy poświęcić najwięcej cierpliwości, dobrze jest puścić sobie w międzyczasie film/muzykę/ czy zaprosić rozgadaną znajomą. Jestem mega cierpliwą osobą, ale pod koniec przeżyłam załamanie psychiczne, spowodowane zbyt intensywnym myśleniem nad pewną sprawą w czasie szycia, dlatego jeszcze raz polecam zająć czymś myśli. Aha i mogę obiecać ci, że gdy skończysz nie spojrzysz na łyżki jako na materiał przez baaardzo długi czas. Dowiesz się czym jest czysta nienawiść do łyżeczki plastikowej.





Na zdjęciach widać poszczególne etapy z naszywania.
Pamiętajcie by wypchać ogon niepotrzebnymi materiałami/ciuchami, ponieważ w czasie wyjmowania z pewnością się okaże ,że nitką zaczepiłać o część materiału i  musisz go obciąć by nie wycinać swej ciężkiej pracy..
Łyżki przy samej płetwie najgorzej się naszywało, im wyżej się szło, tym  łatwiej to szło, albo po prostu rutyna zrobiła swoje.
Gdy skończyłam naszywanie, przyszedł czas na końcowe malowanie z cieniowaniem, oczywiście to robimy już na dworzu.

Gdy skończyłam ten główny etap, reszta pracy poszła w miarę szybko, na górę z powodu mojego brzuszka musiałam dać koszulkę, która miała zakryć me niedoskonałości, pierwotnie miała być to hiszpanka pod barwę ogona, jednak nie mogłam znaleźć nadającej się koszulki, a czasu na uszycie hiszpanki nie miałam, coś musiało nade mną czuwać ponieważ w sklepie C&A znalazłam za grosze bluzkę, która idealnie wpasowała się w klimat stroju.
Uszy wraz z makijażem zleciłam dziewczynie, która zajmuje się charakteryzacją, niestety stwierdziłam iż, na wykonanie uszu nie mam funduszy i zamówienie wyjdzie mnie taniej, z makijażem było tak samo, tylko z tym, że ja sama nie umiałabym się ŁADNIE pomalować./
Perukę zamówiłam, ze strony WiguWiguWigu ,którą polecam całym sercem, to jest moją druga tak dobra peruka w  życiu, iż się jej nie pozbędę, a współpraca przebiegła szybko i sprawnie ,co sobie cenię. Peruka jest gęsta i super się układa.
Koronę zaś dostałam w prezencie od znajomej.



Ostatnim elementem stroju, stał się trójząb, zrobiony na podstawie zabawkowych widełek diabełka dla dzieci, za pomocą kleju na gorąco umieściłam na nim muszle, które oddała mi moja przyjaciółka.


Pierwotnie rękojeść miała być srebrna, ale po wrzuceniu posta na FB okazało się, ze efekt jest mierny, więc zaczęłam kombinować jak ulepszyć mą pracę, w końcu wpadłam na pomysł i zakupiłam sznurek po czym owinęłam nim rękojeść broni dokładnie, wplatając przy tym zielone gałązki sztucznej roślinki, dzięki czemu broń wyglądała dużo efektowniej niż wcześniej.
Cała praca, w wolnych chwilach zajęła mi ok. 2 miesięcy.
Czy warto było?
Oczywiście! Czeka  mnie trochę poprawek w ogonie i chętnie za rok jeszcze raz się w nim pokażę, poza tym chce przygotować kolejny równie dobry strój, jednak jeszcze jestem na etapie wymyślania co to może być.
Jeśli chcesz w przyszłości na bieżąco obserwować moje pracę nad jakimś strojem to zapraszam:
Mój FB: Zapudełkowana Tsu
Insta: tsukierek

piątek, 26 maja 2017

Jakie piwko na lato? Okocim!

Nadchodzi sezon letni, czas grillowania i siedzenia po nocach na balkonie bądź ogródku plotkując do wschodu słońca, z tym kojarzy mi się lato, oczywiście wszelkie rozmowy były  toczone przy alkoholach mocniejszych, bądź słabszych takich jak piwo.

Piwo, piwu nierówne...

Dokładnie, marek piw mamy wiele,każe na swój sposób wyjątkowe, a dziś chciałabym opowiedzieć wam o piwie Okocim, które dzięki portalowi Streetcom miałam okazje przetestować, to już moja druga przygoda ambasadorska z tym portalem.
 To co cenię sobie u nich, to jest OPAKOWANIE ,w którym zostają przysyłane rzeczy do testowania, są to piękne, przynajmiej dla mnie, paczki dopracowane w najmniejszym szczególe.
 Do testowania dostałam ,20 piw Okocim, byłam w szoku gdy odpakowałam pudełko, a tam cała krata piwa ,którym od razu się podzieliłam z najbliższą rodziną, z którą akurat spędzałam czas.


Dlaczego akurat Okocim?

Ponieważ, kampania opiera się na haśle "Warzymy tylko z 3 składników"
Naturalnie, smacznie i "zdrowo",piwo bez żadnych konserwantów i wzmacniaczy smaku, których niestety w obecnych czasach jest pełno, a którego staramy się unikać.
 Osobiście nie jestem piwoszem i należę do osób ze słabą głową (co czasami jest arcyzabawne), ciężko znaleźć mi piwo, które pogodzi się z mymi kubkami smakowymi, Okocim Jasne było strzałem w dziesiątkę, weszło gładko i miło zaszumiało w głowie, mi oraz wszystkim poczęstowanym Okocim przypadło do gustu.

Szczerze?
Okocim jasne jest jednym z piw, które lubię. Zawsze ta marka kojarzyła mi się z mocnym i gorzkim smakiem piwa, po które bym nie sięgnęła nigdy, a jednak dzięki tej kampanii się przekonałam, że czasem pozory bardzo mylą.
Jeśli chciałbyś się dowiedzieć trochę więcej to zapraszam do zapoznania się z ULOTKĄ

piątek, 19 maja 2017

Zapudełkowana - Kim jestem?

Zgodnie z zapowiedziami, blog staje się bardziej life stylowy, a ja staram się pisać częściej.
                                                                                                      Kim jestem?
Nazywam się Paulina, mam 24  lata i pochodzę z Gdańska, od urodzenia choruję na Zespół Freemana-Sheldona (Plus Osteoporoza i możliwe, że kilka innych towarzyszących chorób też :P), jestem jednym z 80 przypadków zdiagnozowanych do roku 2002 w całej Europie (Łał, mogę czuć się wyjątkowa!), obecnych danych znaleźć nie mogę, ale i tak spostrzegłam, że zachorowalność na tą chorobę wzrosła, mimo to nadal jesteśmy rzadkim przypadkiem, co skutkuje czasem absurdalnymi sytuacjami u lekarzy.

„-Dzień dobry, na co Pani choruje?
-Dobry, na zespół Freemana-Sheldona
-Ooo, pierwszy słyszę, może mi Pani powiedzieć na czym to polega? Albo napisać nazwę na kartce bym mógł sobie to potem wygooglować?”
O tak, gdy słyszę to, flaki się we mnie przekręcają, ale po trochu takie sytuacje rozumiem, skoro byłam prawdopodobnie 1 z 3 przypadków na całą Polskę (To też są dane sprzed paru lat), jednak trzeba zauważyć, że młodzi lekarze już wiedzą co to za przypadek, ostatnia wizyta na usg kolana mile mnie tym zaskoczyła, ponieważ młodemu Panu lekarzowi nie musiałam już mówić co i jak J



No dobrze, ale czym jest ten zespół Freeman-Sheldon?
Ponieważ nie jestem lekarzem,  muszę posiłkować się wiedzą z internetu, jednak znalazłam bardzo ciekawy link, w którym wszystko jest opisane, zaprzaszam TU
Mój przypadek?
Największe problemy mam z nogami, resztę ciała można powiedzieć, że choroba mi w miarę darowała.
Poruszam się za pomocą wózka inwalidzkiego, jednak po domu chodzę, ze względu na to iż moje nogi były końsko-szpotawe po urodzeniu, przez co musiałam przejść wiele operacji ,są nieco zdeformowane niż normalne i nie posiadam pełnej władzy nad nimi (Niedowład Kończyn dolnych)

Moje ręce najmniej chyba oberwały ze wszystkiego, teoretycznie mam je sprawne, jednak choroba też odbiła na nich swój ślad ,który odbija się na moim okropnym piśmie (I tak dobrze, że piszę! Długo musiałam się tego uczuć). Mam też problemy z szybkim pisaniem, zawsze piszę wolniej, w szkole podstawowej pisali za mnie nauczyciele, dopiero w gimnazjum udało mi się wyćwiczyć szybsze pisanie ,tak że już nadążałam za klasą, jednak jeśli tempo jest zbyt szybkie gubie wątek i przestaje pisać (Potem spisuje od kogoś notatki na spokojnie)
Twarz jest chyba ostatnim najistotniejszym elementem mojej układanki, na szczęście jakoś tego nie widać, ale ja przez tyle lat zdążyłam to wychaczyć. Posiadam lekką dysmorfię twarzy, a opadające powieki to moje małe katharsis, ponieważ przez to wyglądam czasem jak naćpana/ bądź znudzona, co zniechęca niektórych rozmówców.
Na dzień dzisiejszy chyba mam najwięcej problemów z jamą usta, podniebienie mam zniekształcone, a buzi za bardzo nie mogę otworzyć, co niestety skutkuje moim małym seplenieniem, oddychaniem (Oddycham przez usta, a nie nos, czego kiedyś usilnie próbowano mnie oduczyć)
Moją największą zmorą są zęby, które szybko się psują przez to ,że nie mam możliwości dokładnego ich wymycia a w ustach przez większość czasu zalega mi ślina, no i oczywiście za bardzo lubię słodkie.
Tyle przynudzania o mej chorobie, wybaczcie, jednak czuje, że byłam wam winna trochę wyjaśnień.
                                                                                                                                      Mój punkt życiowy w którym obecnie się znajduję.
Obecnie stoję na progu dorosłości i samodzielnego życia.
Mój start w samodzielność zaczął się okropnie i nikomu tego nie życzę.
Niecałe 11 miesięcy temu odeszła moja mama- która uczyła mnie życia, nie rozczulając się nad moją niepełnosprawnością (I dobrze!). Chorowała na raka, od zdiagnozowania aż do momentu końca wszystkiego minęło ok. 10 miesięcy, to był bardzo trudny okres dla mnie i mego rodzeństwa, robiłam wszystko co mogłam by dać mamie jak najlepszą opiekę ze swej strony.
 Po jej odejściu minęło niecałe 5 miesięcy  ,gdy byłam zmuszona opuścić dom rodzinny i stałam się osobą bezdomną, od tej pory tułam się po znajomych i rodzinie i jakoś to leci.
Tak, są chwile ,że mam napady stanu depresyjnego, czasem muszę nieźle się nagimnastykować w umyśle by rano wstać, czasem się zastanawiam jaki to ma sens? (Trudno mi się o tym pisze, powiedzieć już bym nie potrafiła)
Jednak w takich chwilach, najważniejsze jest to by mieć zajęcie, możesz rzygać, ale musisz coś robić bo inaczej zwariujesz.

Na chwilę obecną, mogę powiedzieć, że życie zaczyna mi się układać, a najgorsze mam za sobą(chyba), pozytywnie patrzę w przyszłość chociaż wiem, że jeszcze sporo pracy mnie będzie czekało, aż wszystko się zupełnie unormuje.



środa, 10 maja 2017

Zapudełkowana Testuje!

Po powrocie z moich wyjazdów, czekały na mnie dwie paczki, dziś omówimy jedną z nich.


W internecie jest parę stron na których można dostać produkty do testowania, w zamian za opinię o tym co dostaniemy. Dziś na tapecie paczka ze strony Everydayme.
To jest moja trzecia Kampania z tego portalu i jak dla mnie jest on jednym z najbardziej rzetelnych w jakich jestem zarejestrowana.
Żeby zostać ambasadorką jakiegoś produktu należy się zgłosić w czasie zapisów, wypełnić krótką ankietę no i oczywiście uzasadnić CZEMU AKURAT TY..
Oczywiście gdy zostaniesz wybrana, poza paczką pełną dóbr masz pewien zakres obowiązków takich jak: Przeprowadzenie rozmów z znajomymi o testowanym produkcie, pisanie raportów i wypełnianie ankiet, robienie zdjęć.
Brzmi ciężko?
Wcale nie! To jest bardzo przyjemna praca jak i przygoda. Dzięki rozprzestrzenianiu informacji o marce możemy zacieśnić naszą przyjaźń bądź poznać nowe, interesujące osoby, brzmi to może nieco zabawnie, ale mówię jak jest, sama nigdy nie sądziłam, że moje stosunki z znajomą się polepszą gdy podaruje jej darmową próbkę proszku :)

Co w środku?


Tym razem do testowania dostałam kapsułki do prania Vizir :)
Pudełko zawierało:
-1 opakowanie kapsułek Vizir (Dla mnie)
-20 Próbek do rozdania znajomym i przyjaciołom
-15 Ulotek na temat kapsułek
-Przewodnik Projektu
-Książeczkę z ankietami
-List powitalny z Projektu

Co sądzę o kapsułkach?

Ogólnie sama forma kapsułek jest dla mnie bardzo dobrym pomysłem, gdy się mieszka na wynajmowanym pokoju, każda ilość miejsca jest na wagę złota (Przynajmniej dla mnie), nie trzeba bawić się w proszki i chodzenie z nimi, wzięcie samej kapsułki jest dużo poręczniejsze.
Kapsułkę wrzuca się do pralki, potem się wrzuca pranie, pach! Zamykamy pralkę, włączamy i pranie się robi, a my w między czasie możemy sobie pomalować paznokcie. :)
Kapsułka Vizira sama w sobie pachnie przepięknie, a po pierwszym praniu z tym produktem zapach przeniósł się na moje ciuchy, które aż prosiły by je nałożyć na następny dzień.
Tak więc z całego serca polecam! Intensywny zapach i czyste pranie gwarantowane!





sobota, 6 maja 2017

Największy festiwal fantastyki w Polsce. Pyrkon 2017.

Dawno, dawno temu...

Czyli jakiś tydzień temu miałam wielką przyjemność odwiedzić po raz drugi w swym życiu Festiwal Fantastyki Pyrkon, a dziś po raz pierwszy ośmielę się o nim napisać słów kilka.

Pyrkon 2017

Impreza ta odbyła się 28-30 kwietnia w Poznaniu.
Ja ze względu na prywatne sprawy do Poznania zawitałam już 25 kwietnia, między innymi dlatego tym razem nie skorzystałam z dostępnych do spania /Sleeproomów na festiwalu, które mieściły się w halach Międzynarodowych Targów Poznańskich zresztą tak jak i reszta festiwalu, która odbywała się na pozostałym terenie MTP.
W tym miejscu bardzo chciałabym polecić Hostel Willa Głogowska, mimo, że dojazd na Targi zabierał nam ok 30 minut przy dobrych wiatrach, to obsługa była naprawdę super, plus to, że posiadali pokój przystosowany do osób niepełnosprawnych.
Ceny też mają dobre, ponieważ za 5 dni zapłaciłam zaledwie 325zł

Wracając do tematu...

W tym roku nie oficjalnie Pyrkon odwiedziło aż 50 000 uczestników. (Niestety, na oficjalne dane trzeba jeszcze poczekać)
W porównaniu do poprzedniego roku impreza według mnie wypadła znacznie lepiej, mimo ,że ie nocowałam na terenie imprezy zauważyłam, że przeniesienie Sleeproomów do innych hal wyszło na dobre, wydawało mi się, że było więcej ludzi i nie trzeba było przytulać się do nieznajomych, chociaż na tak specyficznej imprezie raczej mało komu by to przeszkadzało.
 Kolejną zmianą na plus można uznać Kolejkon, został bardzo szybko rozładowany w tym roku, ponieważ już o godzinie 12 nie było tłumów ludzi pod MTP, a bywały czasy ,że Kolejkony utrzymywały się do godziny 16, jak nie dłużej.
Jeszcze na plus imprezy według mnie wpłynęła nowa opcja festiwalu, czyli tak zwany "Dostępny Pyrkon", polega na tym, że opiekun osoby niepelnosprawnej na imprezę wchodzi za darmo, czyli jak się jest chytrusem to można podzielić koszta biletu na pół i zaoszczędzić 40zł! Jednak opiekun nie mógł się oddalić od podopiecznego, niby logiczne, ale w niektórych momentach upierdliwe.

Co w tym takiego fajnego?

Często słyszę to pytanie od bliskich, czy znajomych, którzy nie pojawiają się na tego typu imprezach.
Co jest fajnego w spaniu na ziemi wokół obcych ludzi? Co jest fajnego w tak masowych imprezach?

Szczerze?
Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ale powiem jedno i może często powtarzające się słowo: KLIMAT
Jeżdżąc na takie imprezy czuję się częściowo wolna, nie muszę się przejmować tym co inni powiedzą na moje dziwne hobby, ba! Znajdą się tacy co i podzielają je, te charakterystyczne okrzyki typu "Zaraz będzie ciemno!", na które odpowiadają automatycznie setki osób: "Zamknij się!", bądź spontaniczne zabawy i pochody.
Wiele osób też swobodnie może się przebrać za postać z ulubionej gry/bajki/ serialu czy też filmu, często własnoręcznie tworząc dany strój, co dla mnie też jest formą sztuki, no bo nie oszukujmy się nie każdy w tych czasach ma ochotę przysiąść do maszyny czy też robić burzę mózgu, który material będzie lepszy do danego elementu stroju.
Niektórzy nad swymi strojami spędzają wiele czasu by ubrać je tylko na festiwalu, a w zamian może liczyć na atencję innych uczestników, im więcej pracy włożysz, tym bardziej doceniony zostaniesz, a to naprawdę miłe uczucie gdy obcy proszą cię o zdjęcie czy rozmawiają z tobą o twej pracy.
Ja w tym roku też przygotowałam strój, jednak poświęcę mu osobny post, zdjęcie będzie na końcu notki.

Czego żaluję?

Jak co roku, po konwencie pojawia się moralny kac.
Tak jest i w moim przypadku, jak co roku przeklinam swój strach i nieśmiałość, mimo ,że otaczało mnie tylu fajnych ludzi żałuję, że nie potrafiłam nawiązać nowych znajomości, że z nikim nie usiadłam przy piwie i nie gadałam o duperelach.
Typowo jak na mnie byłam obserwatorem, który z nie wiadomego powodu bał się porwać całkowicie wirowi zabawy, jednak wiem, że muszę nad tym pracować bo w tym roku udowodniłam sama sobie, że jak chcę to potrafię.
Co potrafię?
Chodzi o to, że drugim powodem, przez który byłam zazwyczaj zła na siebie po takich imprezach to brak zdjęć, kompletny brak udokumentowania mej pracy, czy zabawy, jak robiłam już zdjęcia ,to komuś bez mojej obecności na nich, ale tym razem było inaczej.
Mam dość sporo swoich zdjęć i zdjęć z innymi z czego jestem bardzo dumna.
Spróbuję za rok z pewnością walczyć z pozostałymi swymi słabościami, bo piękne wspomnienia trzeba przecież zbierać by w zimowe wieczory móc się do siebie uśmiechnąć gdy siedzi się samemu w czterech ścianach.